Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasta do chleba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasta do chleba. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 września 2013

Dyniowy "hummus" z tahini i syropem z granatu

Yotama Ottolenghiego kocham miłością głęboką nie od dziś. Szczerze mówiąc, nie pamiętam już, na którym blogu po raz pierwszy o nim przeczytałam. Wiem tylko, że autorka (bardzo fajnego zresztą) rankingu książek kucharskich 2011 roku, piała wręcz z zachwytu nad jego książką Plenty. Kiedy doczytałam, że jest to książka wegetariańska, przygotowana przez mięsożernego szefa kuchni, zostałam kupiona i zaraz kupiłam (na nieocenionym Books for cooks). 
Z wegetarianizmem jest bowiem, jak mi się wydaje, taki problem (pisze o tym trochę Ttristram Stuart w Bezkrwawej rewolucji), że wegetarianie mogą sobie tworzyć swój własny świat, pełen tofu, soczewicy, seitanu i quinoi, a reszta ludzkości i tak ma to w nosie. Ja - szczerze mówiąc - też mam w nosie te hiper-drogie i często pseudo-zdrowe składniki, które wysilają się, by "zastąpić" mięso, co za Chiny im się nigdy nie uda. Poza tym mam obecnie lekką wkrętkę na programy, książki i filmy o tzw. "fine dining" i brakuje mi potraw bezmięsnych, ale eleganckich, takich, które nie wyglądałyby jak wielka pacia rzucona na talerz (np. takich, które podawane są m.in. przez Amandę Cohen w nowojorskiej Dirt Candy czy naszego rodaka Marcina Janickiego w londyńskiej Mannie - zdjęcia potraw totalnie mnie zachwyciły!). 
Wracając do Yotama - Plenty to chyba najczęściej "używana" przeze mnie książka kucharska, jednak Jerusalem, z której pochodzi poniższy przepis - książka już "mięsna", ale wciąż z dużą ilością warzyw, poświęcona rodzinnemu miastu autorów (Ottolenghi napisał ją razem z biznesowym partnerem, Samem Taimimi) - depcze jej po piętach. 
Tym razem, sezonowo, pasta z dyni i tahini (lekko zmodyfikowałam proporcje). 


Pasta z dyni i tahini z syropem z granatu

średniej wielkości dynia (użyłam piżmowej od Pana Ziółko)
sól, cynamon, oliwa

1 łyżka pasty tahini
2 łyżki gęstego jogurtu
2 ząbki czosnku
sól
sok z cytryny (opcjonalnie; dodałam od siebie)

do podania: czarny i biały sezam, syrop z granatów (u Yotama - syrop z daktyli, który, w razie czego, radzi zastąpić klonowym; mnie wydawało się, że słodki smak dyni lepiej przełamać czymś kwaśnym)

Dynię kroimy na kawałki, posypujemy cynamonem i solą, polewamy odrobiną oliwy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na 30-40 minut (najlepiej przykrywając folią aluminiową). 
Kiedy będzie miękka, wyjmujemy, studzimy i obieramy. Wrzucamy do miski razem z jogurtem, tahini i czosnkiem. Blendujemy. Doprawiamy solą i - ewentualnie - sokiem z cytryny. Podajemy z prażonymi ziarnkami sezamu i syropem z granatów. 

niedziela, 12 maja 2013

Dlaczego Nutella jest lewicowa? Plus "nutella" wegańska.


Wiecie, gdzie powstała pierwsza w Europie tabliczka słodkiej czekolady? Na północy Włoch, w Piemoncie, a stworzył ją majster Suchard. W Turynie, który nazwać można by europejską stolicą czekolady, powstała też słynna gianduia - przepyszna, kremowa czekolada zawierająca około 30% masy z orzechów laskowych. Jej nazwa pochodzi od postaci z commedii dell'arte - Gioana d'la Douia, czyli po polsku Jasia Kufla - a przyczyny jej stworzenia były polityczne:  otóż były to czasy napoleońskiej regencji, tzn. francuskiej okupacji ziem piemonckich, kiedy wprowadzono embargo na liczne produkty zagraniczne, m.in. na kakao. Zastąpienie części kakaa rodzimymi orzechami laskowymi odmiany "Tonda Gentile delle Langhe", pozwoliło produkować większe ilości pysznych słodyczy z dostępnych produktów. Twórcą tego pomysłu był Pierre Paul Caffarel, którego firma jako pierwsza zaczęła w dużych ilościach produkować i sprzedawać tabliczki czekolady.
Kolejną ważną osobą w historii włoskich słodyczy był założyciel znanej nam wszystkim firmy, Pietro Ferrero. On również musiał radzić sobie z niedoborem kakaa, które w czasach po drugiej wojnie światowej było rarytasem. Stworzył on krem, który początkowo nazwał "pasta gianduia". Formowano go w osełki, podobnie jak masło, owijano w papierek i trzymano w lodówce. Kiedy okazało się, że ludzie nie tylko chętnie rozsmarowują pastę na chlebie, ale też wyjadają ją samą, przerobiono nieco przepis, by stworzyć miękki krem, który znamy dzisiaj. 
Nazwa Nutella narodziła się w roku 1964: do angielskiego słówka "nut" dodano miękką i arcy-włosko brzmiącą końcówkę "-ella". Ta nazwa - a jakże - też miała być polityczna, turyński krem miał bowiem stanowić odpowiedź na amerykańskie masło orzechowe, które zaczęło popularyzować się we Włoszech. O nie - pomyśleli Włosi, jak nikt inny dumni ze swojej kuchni - nie chcemy tu jankeskich wynalazków, już my im pokażemy słodkie smarowidło. Nutella jako symbol obrony przed globalizacją i kulinarną "urawniłowką" od początku lubiana była przez wszelkiej maści nonkonformistów i lewicowców, a także artystów, jak choćby Nanni Moretti, dla którego Nutella jest najlepszym sposobem na smutki. Włoski piosenkarz i satyryk Giorgio Gaber śpiewa zaś żartobliwie: „Nutella jest po lewej, szwajcarska czekolada po prawej stronie”. 

Lewicowa czy nie, Nutella zawiera jednak całą kupę cukru i tłuszczy, które nie są w naszej diecie jakoś koniecznie potrzebne ;) Stąd tej prawdziwej raczej nie jadam, za to - wzorem VEG - przygotowałam krem o dość podobnym smaku, ale superzdrowy, daktylowo-orzechowo-kakaowy. I to dopiero jest przysmak nonkonformistyczny ;)


wtorek, 30 kwietnia 2013

Garść inspiracji na majówkę

Oby tylko pogoda dopisała, bo majówka to najlepszy w roku czas na piknik. Ja wybieram się do Puszczy Kampinoskiej, ale nada się każdy park, nie wspominając już o własnej działce czy ogrodzie. Działka i ogród mają tę przewagę, że można popić piknikowe cuda chłodnym szprycerem... To znaczy oczywiście w parku też można, ale trzeba się trochę poukrywać ;) Trochę żałuję, że państwo ma swoich obywateli za debili, ale po ostatniej przygodzie w kieleckim akademiku (gdzie znalazłam się wraz z grupą studentów na objeździe naukowym), kiedy to chcieliśmy wyjść nocą z kolegą na zewnątrz i zostaliśmy zrugani przez panią, która ogłosiła, że "u nas panują inne zwyczaje" i w ogóle co my sobie myślimy (korytarze tego akademika oczywiście pokryte były petami i puszkami po piwie, więc faktycznie inne zwyczaje...), nic mnie już nie zdziwi. Tak czy inaczej, jedzenie w przestrzeni publicznej nie jest jeszcze, póki co, zabronione, więc korzystajmy, póki czas. 


ananas pokrojony w kostkę
pół ogórka (również w kostkę)
garść listków kolendry, mięty, tajskiej bazylii od pana Ziółko
szczypiorek
pędy bambusa
papryczka chilli
dressing z sosu sojowego, słodkiego sosu sojowego, soku z cytryny i oleju kokosowego



puszka ciecierzycy
2 łyżki tahini
ząbek czosnku
łyżeczka chrzanu
łyżeczka posiekanych listków rozmarynu
woda

(wszystkie składniki dokładnie miksujemy, powoli dodajemy wodę, solimy do smaku)


pół kalafiora podzielonego na różyczki
cebula pokrojona w piórka
pół łyżeczki kminu
oliwa z oliwek
kilka suszonych moreli
garstka orzeszków piniowych
natka pietruszki

(Orzeszki prażymy na patelni, na drugiej smażymy na oliwie cebulę i kmin, dodajemy kalafiora i morele, podsmażamy jeszcze chwilę, posypujemy orzeszkami i natką pietruszki.)

kuskus

jogurt bałkański zmiksowany z ząbkiem czosnku, łyżką tahini i szczyptą soli