Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiad. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 listopada 2014

Batata harra i dip cukiniowo-ogórkowy

Pod egzotyczną nazwą batata harra kryje się jeden z najprostszych przepisów z nowej książki mojego ukochanego Yotama Ottolenghiego Plenty more. Libańskie i syryjskie danie jest też pierwszym, które wypróbowałam, jak to zwykle w przypadku tego autora - na pewno nie ostatni. 
Ziemniaki upieczone z papryką, czosnkiem i nacią kolendry podałam z dipem jogurtowym, podobnym do tzatzików, w którym prócz ogórków użyłam cukinii, czosnku i dużej ilości suszonej mięty. 

Batata harra
(podaję proporcje na dwie osoby)

1/2 kg ziemniaków, obranych i pokrojonych w kostkę
1 łyżka oliwy z oliwek
1 łyżka oleju słonecznikowego
3 zgniecione ząbki czosnku
1/2 łyżeczki płatków chilli
czerwona papryka, pokrojona w kostkę
ok. 15 g posiekanej kolendry
łyżeczka skórki startej z cytryny i łyżeczka soku
sól i czarny pieprz


Piekarnik rozgrzewamy do 250 stopni. 
Doprowadzamy wodę do wrzenia w dużym garnku. Solimy i wrzucamy ziemniaki. Gotujemy około 3 minut, dokładnie odsączamy. 
Ziemniaki rozkładamy w formie do pieczenia, polewamy olejami, solimy i pieprzymy. Wstawiamy do piekarnika na 10 minut. 
Po tym czasie dodajemy czosnek, chilli, paprykę i część kolendry. Wstawiamy do piekarnika na kolejnych 25 minut, w międzyczasie mieszamy raz czy dwa. 
Miękkie i lekko złote ziemniaki przekładamy do miski, dodajemy pozostałą kolendrę. 

Dip cukiniowo-ogórkowy

1 średni ogórek, starty
1 mała cukinia, starta
ząbek czosnku, starty
łyżeczka suszonej mięty
łyżka soku z cytryny
opakowanie gęstego jogurtu naturalnego (250g)
sól, kilka kropel oliwy



Startą cukinię i ogórka przenosimy do sitka, solimy i pozostawiamy do odsączenia na 10-15 minut. Dokładnie wyciskamy i mieszamy z pozostałymi składnikami. Skrapiamy oliwą.
Podajemy z pieczonymi warzywami - prócz ziemniaków doskonale smakuje także z marchewkami czy burakami. 

piątek, 10 października 2014

Risotto wielodyniowe

Risotto to jedno z moich popisowych dań. Niby łatwe, ale wcale nie tak łatwe, nieco bardziej wyrafinowane od makaronu, przyjmujące całe mnóstwo różnych smaków. Lubię klasyczne - z groszkiem, z grzybami, ze szparagami, lubię bardziej "odjechane" - z ciecierzycą, suszonymi pomidorami i rukolą, z różnymi rodzajami papryk, z gruszką i serem talleggio. Ostatnio jednak, najbardziej lubię risotta z musami z pieczonych warzyw, w których ryż przejmuje kolor i smak zmiksowanych dodatków. Wspaniałe jest buraczane, jeszcze lepsze - marchewkowe, najlepsze - risotto dyniowe, wzbogacone jeszcze pestkami dyni i kilkoma kroplami otrzymanego z nich oleju. 

Risotto dyniowe

200 g ryżu do risotto (arborio)
szalotka
kieliszek (100ml) białego wytrawnego wina
szklanka musu z dyni (dynię pieczemy do miękkości z oliwą, tymiankiem i szczyptą soli; ok. 20 minut w 180 stopniach powinno wystarczyć; miksujemy na gładki mus)
bulion warzywny dobrej jakości
opcjonalnie: parmezan i masło
oliwa z oliwek, sól

Do podania:
garść prażonych pestek dyni
kilka kropli oleju z pestek dyni


Na oliwie podsmażamy posiekaną szalotkę. Kiedy zmięknie, dodajemy ryż i smażymy chwilę, by stał się przezroczysty (to bardzo ważny etap). Po kilku minutach dolewamy wino, mieszamy delikatnie, czekając, aż wyparuje. Kiedy się to stanie, zaczynamy właściwy proces gotowania risotta: dodajemy po chochelce bulionu i mieszamy, dodajemy i mieszamy... Po 10-15 minutach dodajemy dyniowy mus i dalej mieszamy, w razie potrzeby wlewamy jeszcze trochę bulionu. Kiedy ryż będzie miękki, opcjonalnie możemy dodać kawałeczek masła i łyżkę parmezanu (a właściwie sera typu parmezan, bo ten oryginalny robiony jest na podpuszczce cielęcej). Solimy do smaku. 
Podajemy posypane prażonymi pestkami dyni i polewamy kilkoma kroplami oleju z pestek. 

czwartek, 17 lipca 2014

Tagliatelle z makaronu i warzyw z bazylią i żółtkiem

Masz w domu tagliatelle? Dobrze, od tego możemy zacząć. 
Masz inny makaron? Spaghetti? Linguini? Cokolwiek długiego? OK, też damy radę. 
Chcesz zjeść na lunch coś dobrego i zdrowego? Weź porcję makaronu. Podziel ją na pół. Połowę zachowaj na następny raz. Drugą połową niech będą pokrojone obieraczką średnia marchewka i mała cukinia- najlepiej taka odcięta od kwiatka . 
Nie masz małej cukinii? To możliwe, bo z nieznanych przyczyn sprzedawcy warzyw uznali, że sprzedawać należy tylko duże. W takim razie obieraczką pokrój dużą cukinię i paski przekrój wzdłuż, tak by przypominały wstążki makaronu. 

Masz w domu tymianek, czosnek i oliwę? Jeśli jesteś weganinem, jesteś gotowy. 
Jeśli nie jesteś weganinem, przygotuj jajko i rozdziel je na białko i żółtko. Białko na pewno Ci się później przyda - na tempurę, na bezę - żółtko zachowaj. 

I teraz: 
- ugotuj makaron wg przepisu na paczce;
- na odrobinie oliwy podsmaż warzywa, posól je i popieprz, możesz dodać posiekany ząbek czosnku i gałązkę tymianku;
- wymieszaj ugotowany makaron z warzywami; 
- na patelni podsmaż oddzielone żółtko - tak, jakbyś smażył(a) sadzone; 
- rozłóż na talerzu makaron, warzywa i żółtko, które będzie stanowić doskonały sos; makaron z warzywami i bez jajka smakuje doskonale; 
- posyp listkami bazylii, posól i popieprz
- smacznego!


wtorek, 22 kwietnia 2014

Jak się przekonać do zdrowego jedzenia (i pieczona marchewka z za'atarem na kurkumowej soczewicy)

Wbrew temu, co twierdzą czasem promotorzy zdrowego żywienia, nie jest wcale łatwo przekonać samego siebie, że co zdrowe, jest też smaczne. To znaczy, OK, jest smaczne, ale nie znam wielu osób, które wolą maczać surową marchewkę w twarożku z nerkowców niż bagietkę w czosnkowym aioli. Wiem, wiem, "bezglutenowi weganie" na pewno, ale, że tak powiem, who are they kidding? ;) Inne względy - zdrowotne, etyczne - często mają dla nich po prostu większe znaczenie niż smak, co jest godne szacunku, ale wcale nie takie proste w realizacji. 
Ja samą siebie muszę przekonywać nieustannie i mam na to kilka sprawdzonych patentów. Jeden to moja ukochane zupy: kimchi i pho w wersji wegańskiej, które dzięki ostrości, kwasowości, dodatkowi tofu i makaronu lub ryżu, mają w sobie aspekt "guilty pleasure", pozostając zdrowymi i dość lekkimi. Drugi, to oczywiście najróżniejsze wegańskie burgery, napakowane ziarnami, kaszami, strączkami, z mnóstwem ulubionych przypraw i podane z dobrym sosem. Trzeci to moje ukochane comfort food, czyli ulubione warzywa (jeśli mam mieć dobry humor, koniecznie musi być wśród nich choć trochę ziemniaków) upieczone z czosnkiem i rozmarynem albo z wędzoną papryką i kminem, podane z lekkim, jogurtowym sosem. 
Czwarty to curry różnej maści i wariacje na jego temat. Takie, jak dzisiejsza. Nieklasyczna, bo łącząca aromatyczny, arabski za'atar z kurkumą, imbirem i czosnkiem. I - dla efektu i konsystencji - niejednogarnkowa, choć wciąż wymagająca głównie uważnego dobierania składników, a wcale nie tak wiele pracy. 

Pieczona marchewka z za'atarem na kurkumowej soczewicy

2 marchewki
szczypta cynamonu, kolendry, wędzonej papryki i soli
oliwa z oliwek
świeży tymianek

1/2 szklanki czerwonej soczewicy
1/4 szklanki quinoi
1-2 szalotki
2 ząbki czosnku
1/4 łyżeczki imbiru
1/4 łyżeczki kurkumy
chlust soku z cytryny
olej kokosowy lub inny ulubiony
sól

2 łyżki tymianku
łyżka prażonych ziarenek sezamu
łyżeczka sumaku
1/4 łyżeczka grubej soli


Marchewkę obieramy, kroimy w grube słupki. Wkładamy do naczynia, obtaczamy w oliwie z przyprawami i tymiankiem. Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180-190 stopni na około 20 minut - powinna być lekko przybrązowiona i miękka. 
Na oleju kokosowym szklimy szalotkę, dodajemy ząbki czosnku, kurkumę i imbir. Przyprawy prażymy około 3 minut, w razie potrzeby dodając więcej oleju. Wrzucamy soczewicę i quinoę, zalewamy wrzątkiem i gotujemy do miękkości i aż cały płyn wsiąknie - około 20 minut. Przyprawiamy solą i sokiem z cytryny. 
Przygotowujemy za'atar: tymianek ucieramy kilka minut w moździerzu, by zmienił się w aromatyczny, zielony proszek. Dodajemy sumak i sól, ucieramy jeszcze trochę i dorzucamy uprażone ziarna sezamu. Ucieramy jeszcze chwileczkę, by większość ziarenek pozostała w całości. 
Na talerzach układamy soczewicę, na to słodkie, gorące marchewki. Posypujemy za'atarem. Można podawać z łyżką gęstego jogurtu. 

czwartek, 27 marca 2014

Spaghetti z porami, jogurtem, cukinią i owczą fetą

Nigdy nie byłam fanką śmietanowych sosów do makaronu, a przez długi czas nie wpadło mi nawet do głowy, by łączyć makaron z jogurtem. Jest to kolejna rzecz, której nauczył mnie Yotam Ottolenghi - odkąd spróbowałam jego makaronu z groszkiem i jogurtem z książki Jerusalem, przestałam przejmować się tym, co by na to powiedzieli Włosi, i zaczęłam eksperymentować z dodatkami, zazwyczaj nieco inspirowanymi Bliskim Wschodem. Tak jest i tym razem, kiedy prócz groszku i pinii z oryginalnego przepisu, dodałam pory, cukinię i miętę. 

Spaghetti  z porami, jogurtem, cukinią i owczą fetą

spaghetti (dla jednej osoby)
kopiasta łyżka mrożonego groszku

biała część pora, posiekanego w cienkie półplasterki
1/2 małej cukinii, pokrojonej w cienkie półplasterki
oliwa z oliwek 
świeży tymianek, oregano, suszona mięta
odrobina soli, pieprz
duża łyżka gęstego jogurtu

łyżka orzeszków piniowych
pepperoncino
oliwa

Do podania: świeża bazylia i mięta, owcza feta, świeżo mielony pieprz


Makaron gotujemy wedle przepisu na opakowaniu, w odpowiednim momencie dodajemy groszek (ja makaron gotowałam 10 minut, groszek dodałam po dwóch). 
Pokrojone pory smażymy na oliwie do miękkości, dodajemy pokrojoną w pół/ćwierćplasterki cukinię, przyprawiamy tymiankiem, oregano, miętą, odrobiną soli. 
Na drugiej patelni rozgrzewamy kapkę jeszcze oliwy, wrzucamy na nią orzeszki piniowe i pokruszone pepperoncino, smażymy do zbrązowienia. Odsączamy orzeszki, zachowując oliwę. 
Pod porami gasimy ogień i powoli dodajemy jogurt, uważając, by się nie zważył. Delikatnie wrzucamy na patelnię ugotowany makaron z groszkiem. 
Makaron przekładamy na talerz, dodajemy świeże zioła, kruszymy fetę, posypujemy orzeszkami i świeżo mielonym pieprzem. Ewentualnie możemy dodać odrobinę oliwy chilli. 

czwartek, 13 lutego 2014

Beet Bourguignon

Wołowina po burgundzku to jedno z klasycznych dań kuchni francuskiej. Wolno duszona w winie wołowina, z dodatkiem szalotek, pieczarek i ziół, to jedna z tych potraw, które z poziomu domowej kuchni chłopskiej zostały wyniesione na ołtarze wielkiej gastronomii. Przyczynił się do tego wielki Auguste Escoffier, który przepis na nią spisał jako pierwszy. Ogromną popularność danie zyskało dzięki Julii Child, która opisała je w klasycznej książce Mastering the Art of French Cooking, dodając, że jest to z pewnością jedno z najlepszych dań z wołowiną, jakie wymyślił człowiek. 

A najpiękniejsze w nim jest to, że tak ładnie daje się zweganizować - na bazie typowo mięsnej potrawy można przygotować zdrowy, wegetariański gulasz: grzybowy, winny, ziołowy. Pyszny. Oczywiście nikogo nie będę przekonywać, że jest to to samo, jednak zamieszczony na wspaniałym blogu Green Kitchen Stories, a także m.in. na Jadłonomii, zmieniający jedną literkę w nazwie dania, przepis na Beet Bourguignon jest jednym z najlepszych przykładów na wege-kreatywność, z jakimi się ostatnio spotkałam. Cały czas się zastanawiam, jakiego klasyka zweganizować w następnej kolejności. 


Zgodnie z moją teorią, że nie należy mnożyć bytów nad potrzebę, odsyłam do przepisu z Jadłonomii: postępowałam podobnie, prócz pieczarek użyłam też garstki suszonych grzybów, a także mieszanki soczewicy zielonej i brązowej. Dodałam również nieco mniej wody, a gulasz w kolejnym dniu zgęstniał jeszcze mocniej, co widać zresztą na zdjęciu. 




środa, 2 października 2013

Idealny gulasz z fasoli i soczewicy

Sami dobrze wiecie, jak wyglądał wrzesień w Warszawie, wrzesień w Polsce chyba dość podobnie. Ja tam wierzę, że jeszcze wróci złota polska jesień, ale tymczasem zdaje się, że powraca faza na herbatki, rozgrzewające zupki, dania sycące i ciepłe. Trochę jakby wcześnie na zimowe klimaty, szczęśliwie upolowałam dziś jeszcze u Pana Ziółko resztki pomidorów, ale zdaje się, że czas marchewki, buraka i ziemniaka przed nami. I fasoli. I soczewicy. W sumie chyba nie tak źle. 



Gulasz z fasoli i soczewicy z burratą 

szklanka suchej mieszanki warzyw strączkowych (zielona soczewica, ciecierzyca, biała, czerwona i czarna fasola)
1 cebula
2 ząbki czosnku
1 marchewka
1 pietruszka (korzeń)
puszka pomidorów
po 1/2 łyżeczki łagodnej papryki, wędzonej papryki, pieprzu cayenne
ziele angielskie, liść laurowy
sól, świeżo mielony pieprz, oliwa z oliwek
do podania: burrata (lub mozzarella), natka pietruszki, wędzona sól (opcjonalnie)

Fasolę i ciecierzycę namaczamy przez noc. 
W dużym garnku rozgrzewamy oliwę, dodajemy pokrojoną w piórka cebulę, kiedy się zeszkli - soczewicę, namoczone fasolki, posiekany czosnek, pokrojoną w plastry marchewkę i pietruszkę. Zalewamy szklanką wody, dodajemy przyprawy i dusimy przez ok. 30 minut (w trakcie gotowania w razie potrzeby dodajemy więcej wody). 
Dodajemy pomidory w puszce i dusimy kolejnych 20-30 minut.
Po tym czasie sprawdzamy, czy fasola się ugotowała - jeśli nie, dusimy jeszcze jakiś czas. 
Przyprawiamy solą i pieprzem, podajemy z posiekaną natką pietruszki i (opcjonalnie) serem burrata i wędzoną solą. 

czwartek, 26 września 2013

Penne z zielonymi warzywami, orzeszkami pinii, jogurtem i chilli

Pisanie doktoratu pochłania mnie obecnie niemal całkowicie - z domu wychodzę głównie na fitness i na spożywcze zakupy. Kiedy już zaopatrzę się już w środy u Pana Ziółko, biorąc pod uwagę poziom wypełnienia moich kuchennych szafek, mogę już gotować przez cały tydzień, dokupując tylko tofu, mozzarellę czy jogurt. 
Dodatek gęstego, bałkańskiego jogurtu do makaronu może nie wydawać się czymś oczywistym, jednak Yotam Ottolenghi uważa, że warto i ja się z nim zgadzam. W wersji wegańskiej poniższe połączenie warzyw, orzeszków i przypraw, również sprawdzi się jednak bardzo dobrze. 



Penne z zielonymi warzywami, orzeszkami pinii, jogurtem i chilli

makaron penne w ilości dla jednego głodnego człowieka (u mnie pełnoziarnisty; można użyć innego typu krótkiego makaronu, np. orecchiette czy fusilli)

oliwa z oliwek
mała cebula

kilka plastrów dużej cukinii, pokrojonych na połówki lub ćwiartki
zgnieciony ząbek czosnku
garść mrożonego groszku
kilka różyczek brokułów
po szczypcie suszonych oregano i mięty
jedna suszona papryczka chilli (lub wedle uznania)
sól

Do podania: 
łyżka gęstego jogurtu
garść prażonych orzeszków piniowych
świeżo mielony pieprz

Makaron gotujemy według wskazówek na opakowaniu. W drugim garnku krótko gotujemy groszek i brokuły, przerzucamy do zimnej wody i odsączamy. 
Na patelnię wlewamy sporo oliwy, mocno rozgrzewamy i dodajemy pokrojoną w piórka cebulę. Smażymy, aż zbrązowieje. Odsączamy na ręczniku papierowym. 
Wycieramy patelnię, wlewamy odrobinę oliwy i smażymy na niej cukinię z czosnkiem. Dodajemy oregano, miętę, chilli i sól. Wrzucamy podgotowane warzywa i ugotowany makaron, podgrzewamy jeszcze chwilę (ten krok bywa często pomijany, a jest kluczowy dla stworzenia dobrego makaronu). 
Makaron podajemy z łyżką gęstego jogurtu, prażonymi orzeszkami, podsmażoną cebulką i czarnym pieprzem. 

środa, 21 sierpnia 2013

Marokański tażin z marchewki, cukinii, ciecierzycy i moreli

Tagine (tajine, tażin) to tradycyjne, berberyjskie danie z północnej Afryki. Jego nazwa pochodzi od specjalnego, glinianego naczynia z wysoką, stożkowatą pokrywą, w którym jest przygotowywane. Naczynia takie kupić można i w Polsce, jednak podobny efekt da się osiągnąć, używając po prostu przykrytej patelni o grubym dnie, na której dusi się warzywa (lub - oczywiście - mięso w wersji niewegetariańskiej) w sosie. 
A sos to sprawa podstawowa. Marokańska kuchnia pełna jest przypraw, których proporcje zadecydują o smaku dania. Najczęściej używane to cynamon, kmin, kurkuma, szafran, imbir, papryka, kolendra, a także zioła - tymianek, mięta i natka pietruszki. 


Wegetariański tadżin (tagine)

1 duża cebula
2 ząbki czosnku
2 marchewki
1 nieduża cukinia
2 małe ziemniaki
puszka ciecierzycy
garść suszonych moreli
150 ml przecieru pomidorowego

łyżeczka kminu rzymskiego
2 goździki
2 ziarenka ziela angielskiego
laska cynamonu
łyżeczka harissy (w proszku)
1/2 łyżeczki wędzonej papryki
1/4 łyżeczki kurkumy
łyżeczka kolorowego pieprzu
łyżeczka tymianku
łyżeczka rozmarynu
sól, oliwa

do podania: natka pietruszki, kuskus, ew. quinoa

Warzywa kroimy: cebulę w piórka, pozostałe w niezbyt duże kawałki. Na patelni rozgrzewamy oliwę, dodajemy cebulę i czosnek, czekamy, aż się zeszklą. 
Kmin, goździki, pieprz i ziele angielskie ucieramy w moździerzu. Dodajemy sypkie przyprawy i zioła. Mieszankę zalewamy szklanką wrzątku. 
Na patelnię dodajemy marchewkę, ziemniaki i cukinię, smażymy chwilę. Zalewamy szklanką wody z przyprawami. Wrzucamy laskę cynamonu. Patelnię przykrywamy i dusimy warzywa na wolnym ogniu ok. 15 minut. 
Dodajemy sos pomidorowy, ciecierzycę i morele. Przykrywamy i dusimy kolejnych 15 minut. W razie potrzeby, dodajemy więcej wrzątku. 
Danie podajemy z posiekaną natką pietruszki, kuskusem, ewentualnie z gęstym jogurtem. 

czwartek, 11 lipca 2013

Spaghetti ai fiori di zucca

Nie jest łatwo znaleźć w Polsce kwiaty cukinii. Mnie, jak dotąd, udało się utrafić je tylko u nieocenionego Pana Ziółko. Jeśli uda Wam się zobaczyć je na jakimś targu czy straganie - nie wahajcie się ani chwili. Są bardzo delikatne i bardzo pyszne. Roślina wydaje męskie i żeńskie kwiaty - te drugie zakończone są zalążkiem owocu czyli małą cukinią. Ponoć dla dobra rośliny to te męskie należy zbierać, u Pana Ziółko są jednak i takie i takie - dlatego malutkie, żółte cukinie również wykorzystałam w prostym przepisie na makaron. 


Spaghetti ai fiori di zucca con formaggio di capra e pinoli
(na 1 porcję)

100 g pełnoziarnistego spaghetti
1 szalotka
1 ząbek czosnku
4-5 kwiatów cukinii
1-2 malutkie cukinie (u mnie żółte)
kilka listków bazylii (u mnie i zielonej, i fioletowej)
oliwa
garść uprażonych na patelni orzeszków piniowych
1 łyżka delikatnego koziego twarożku
sól, świeżo mielony pieprz

Makaron gotujemy wg przepisu na opakowaniu.
Na łyżce oliwy podsmażamy posiekaną drobno szalotkę i ząbek czosnku, solimy. Kwiaty cukinii delikatnie płuczemy i wycieramy na ręczniku papierowym. Kroimy w paseczki. Cukinię również kroimy w paseczki i dodajemy do cebuli, smażymy ok. minuty. Kwiaty cukinii wrzucamy na patelnię dosłownie na 10 sekund. Wrzucamy na patelnię ugotowany makaron, mieszamy, żeby wszystkie składniki się połączyły. Dodajemy twarożek kozi, orzeszki piniowe i listki bazylii. Na talerzu posypujemy świeżo mielonym pieprzem.


sobota, 6 lipca 2013

wtorek, 2 lipca 2013

Kalafior w stylu bliskowschodnim, z bobem i morelami

Mądrzyłam się ostatnio, reklamowałam, a dawno nie było żadnego przepisu. Dziś więc nie piszę nic nie na temat, tylko przechodzę do rzeczy.
Proste, pachnące bliskowschodnimi przyprawami danie z sezonowych składników. 


Kalafior z bobem i morelami

mały kalafior
garść bobu
garść suszonych moreli

1 cebula
oliwa
po 1/2 łyżeczki kminu, kolendry, papryki
1/4 łyżeczki sumaku
sól

mały pęczek natki pietruszki
łyżka podprażonych orzeszków piniowych
sok z cytryny
ew. gęsty jogurt

Cebulę kroimy w piórka, smażymy na oliwie z przyprawami. Bób gotujemy i łuskamy. Kalafior dzielimy na różyczki, lekko skrapiamy oliwą i wstawiamy na 10 minut do piekarnika w temperaturze 150-160 stopni. Po tym czasie wyjmujemy i mieszamy z bobem, podsmażoną cebulą i morelami. Wstawiamy do pieca na kilka kolejnych minut. Skrapiamy sokiem z cytryny, podajemy z posiekaną pietruszką, orzeszkami piniowymi, ewentualnie z jogurtem. 

wtorek, 4 czerwca 2013

Stir-Fry ze szparagów, tofu, nerkowców i botwinki

Szybki, pyszny lunch, inspirowany przepisem z jednego z moich ulubionych blogów 101 Cookbooks i zawartością lodówki. Nie miałam sosu hoisin, miałam za to sos sojowy i masło orzechowe, które jest jednym z moich ulubionych dodatków do stir-fry. 



Stir-Fry ze szparagów, tofu, nerkowców i botwinki
(dla jednej osoby)

pół kostki tofu (pokrojonego w kostkę i odsączonego)
3-4 młodziutkie cebulki z dymki
2 ząbki czosnku
kawałek imbiru
pół zielonej papryczki chilli
6-7 cienkich zielonych szparagów
kilka liści botwinki (ew. szpinaku)
garść nerkowców
olej kokosowy
2-3 łyżki jasnego sosu sojowego
łyżeczka masła orzechowego
sriracha (opcjonalnie)
liście bazylii i mięty
ryż jaśminowy (do podania)



Tofu odsączamy, kroimy w kostkę. Ryż płuczemy, ugniatając, żeby uwolnić skrobię i gotujemy (proporcje ryżu do wody: 1:2). 
Przygotowujemy wszystkie składniki na stir-fry: siekamy imbir, czosnek i papryczkę, drobno kroimy dymkę, rwiemy listki, szparagi kroimy na kawałki. W woku lub na dużej patelni rozgrzewamy olej kokosowy, wrzucamy tofu, smażymy do zbrązowienia i odsączamy na papierze. Na olej wrzucamy cebulkę, nerkowce i szparagi, smażymy około minuty, mieszając. Dodajemy czosnek, imbir, papryczkę i botwinkę, a po chwili sos sojowy i masło orzechowe, ewentualnie też srirachę. Podajemy z ryżem, bazylią i miętą. 



wtorek, 21 maja 2013

Domowy paneer w pomidorowo-kokosowym sosie curry

Uwielbiam kuchnię indyjską. W odróżnieniu od Olgi, mojej koleżanki i autorki bloga Więcej Yofu!, która podarowała mi ostatnio dwie nieużywane książeczki. Inspiracja spłynęła natychmiast (chociaż jak dotąd żadnego przepisu nie odtworzyłam dokładnie;)) i od wczoraj w mojej kuchni trwa mini-festiwal kuchni indyjskiej. Na pierwszy ogień poszło pomidorowo-kokosowe curry z domowym serem paneer i papryką, chlebki z cebulą i chilli i ogórkowa raita. Dzisiaj curry, chlebki i raita - w następnym wpisie. 

Pokazywałam już kilka domowych curry - tajskich i hinduskich, pisałam też troszkę o historii tej niezwykłej potrawy/przyprawy. To curry jest jednak wyjątkowe, dziejowe wręcz, a to dlatego, że po raz pierwszy sama zrobiłam ser. 




Domowy paneer
1 litr pełnego mleka2-3 łyżki soku z cytryny

Zrobienie paneeru, świeżego twarogu charakterystycznego m.in. dla kuchni Indii, Bangladeszu i Nepalu jest - jak się okazuje - banalne. Wystarczy w garnku doprowadzić do wrzenia litr pełnego mleka, dodać 2-3 łyżki soku z cytryny, wymieszać i czekać, co się stanie ;) Ser będzie oddzielał się od serwatki (u mnie cały proces trwał około 7 minut, ale to na pewno zależy od temperatury, grubości garnka, etc.) Następnie durszlak należy wyłożyć szmatką i wlać na nią zawartość garnka. Dokładnie odcedzić, usuwając tyle wody, ile się uda. Ser owinąć szmatką, położyć na nim deskę do krojenia, a na niej - coś ciężkiego: słoiki, puszki, książki, co tylko chcemy. Po około 2 godzinach paneer będzie idealnie sprężysty i da się kroić w kostkę. 

Sos pomidorowo-kokosowy z kozieradką
1 nieduża cebula, posiekana
1/2 papryki, pokrojonej
2 ząbki czosnku, drobno posiekane
kawałek imbiru, drobno posiekany
1 czerwona papryczka chilli, posiekana
1/2 łyżeczki ziaren kolendry
1 łyżeczka liści kozieradki
100 ml przecieru pomidorowego
100 ml mleka kokosowego
ghee lub olej do smażenia
sól
papryczka chilli i świeża kolendra do podania
Na patelni rozgrzewamy ghee lub olej, podsmażamy cebulę i ziarna kolendry. Dodajemy paprykę, liście kozieradki, imbir, czosnek i chilli. Mieszając od czasu do czasu, smażymy około 5-7 minut. Dodajemy pomidory, mleko kokosowe i sól do smaku. Redukujemy, tak by powstał gęsty, kremowy sos. Dodajemy kostki sera i podgrzewamy przez kilka minut. 
Podajemy z papryczką i liśćmi kolendry, hinduskimi plackami lub ryżem basmati i raitą. 


czwartek, 16 maja 2013

Szparagi, cukinia i feta - odsłona pierwsza

Wcale mi nie przeszkadza, że szparagi są "dostępne" tak krótko, wcale mnie nie ciągnie do nich w styczniu, żadne słoiki czy inne formy przechowywania mnie nie pociągają. Jest maj - są szparagi, są konwalie, są truskawki i nowalijki - maj to zdecydowanie najlepszy miesiąc w roku (chociaż zazwyczaj jest to też, jak na złość, miesiąc pełen pracy). 

Zakupionymi pod Halą Mirowską szparagami objadam się więc po wsze czasy, próbując wymyślać nowe dania i nowe formy ich wykorzystania. Tym razem - w połączeniu z młodą cukinią, czosnkiem, odrobiną fety i ziaren słonecznika dały makaron nad makarony. 

Tagliatelle z zielonymi szparagami, cukinią i fetą
Przepis kombinowany (dla 2 osób)

ok. 8 zielonych szparagów
młoda cukinia
kilka liści szpinaku
2 ząbki czosnku
świeży tymianek
dobra oliwa z oliwek
pokruszona feta (weganie mogą oczywiście pominąć)
ziarna słonecznika
pepperoncino (opcjonalnie)
odrobina soli, dużo pieprzu, najlepiej utartego w moździerzu
liście bazylii
podprażone ziarna słonecznika

makaron tagliatelle (u mnie jajeczne, ale można wykorzystać wegańskie wstążki lub po prostu spaghetti)

Na oliwie leciutki podsmażamy posiekany czosnek, dodajemy tymianek i porwane liście szpinaku. Osobno, na grillowej patelni grillujemy (masło maślane;)) szparagi i pokrojoną w plasterki cukinię (ok, jeśli ktoś nie ma grillowej patelni i zrobi wszystko razem, świat się nie zawali). Makaron gotujemy według instrukcji na opakowaniu. 
Szparagi kroimy na spore kawałki, razem z cukinią wrzucamy do czosnku i szpinaku. Przyprawiamy papryczką i odrobiną soli (soli można użyć więcej, jeśli pomijamy fetę). Na patelnię wrzucamy makaron, podsmażamy chwilę (naczelna zasada: zawsze makaron do sosu, nie sos do makaronu, zawsze też należy chwilę podgrzewać go razem z sosem!). Dodajemy pokruszoną fetę, ziarna słonecznika i liście bazylii, hojnie oprószamy pieprzem.


Składnik na dziś: 
SZPARAGI. Szparagi są doskonałym źródłem błonnika, witamin A, C, E i K i chromu, który ułatwia przenikanie glukozy do krwi i zmniejsza zapotrzebowanie na insulinę. Zawierają antyutleniacz glutation, który pomaga oczyścić komórki z toksyn, a także moczopędny kwas asparaginowy, który przyspiesza wydalanie wody z organizmu.
Źródła:
http://www.whfoods.com/genpage.php?tname=foodspice&dbid=12
http://www.nutrition-and-you.com/asparagus.html

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Tofu w zielonym sosie curry

Gdybym miała wybrać jedną kategorię dań, którą lubię robić najbardziej i z którą już całkiem nieźle sobie radzę, chyba wybrałabym curry. Uwielbiam przygotowywać w domu pasty - zarówno te w stylu hinduskim, jak i tajskim. Tak się zapamiętałam w tych eksperymentach, że mój narzeczony ma już serdecznie dosyć i zażądał ostatnio kotlecików jajecznych z ziemniakami i surówką ;) Do tego w wywiadzie z prof. Kozłowską-Wojciechowską w ostatnich "Wysokich Obcasach Extra" przeczytał też, że zachodni mężczyźni nie powinni spożywać zbyt dużo soi, więc na tofu też mam już chyba bana...

Tofu w zielonym sosie curry
Przepis kombinowany

Na pastę: 
1 szalotka
2-3 ząbki czosnku
spory kawałek imbiru
2 zielone chilli bez pestek
gałązka trawy cytrynowej (ja miałam mrożoną; można użyć 1/2 łyżeczki suszonej trawy)
pęczek kolendry
pęczek bazylii
1/2 łyżeczki ziaren kolendry

Wszystkie składniki ucieramy w moździerzu (ew. blendujemy) na możliwie gładką pastę. Żeby było łatwiej, możemy dodać odrobinę oleju (u mnie kokosowego).


Pozostałe składniki: 
olej kokosowy do smażenia
1 puszka mleka kokosowego
sos sojowy, cukier trzcinowy, sok z limonki

1 szalotka / mała cebulka
kostka naturalnego, twardego tofu
garść groszku cukrowego
do podania: orzechy nerkowca, świeża kolendra, ryż jaśminowy


Na oleju podsmażamy pastę, dodajemy mleczko kokosowe.  Porządnie odsączone tofu kroimy w plastry i dodajemy do sosu, to samo robimy z posiekaną szalotką. Gotujemy na wolnym ogniu około 20 minut. Wrzucamy groszek cukrowy i podgrzewamy jeszcze kilka minut. Doprawiamy do smaku cukrem, sosem sojowym i sokiem z cytryny.
Podajemy z jaśminowym ryżem, kruszonymi orzeszkami nerkowca i świeżą kolendrą. 




Składnik na dziś: ORZECHY NERKOWCA. Nasiona nanercza zachodniego, drzewa z rodziny nanerczowatych, który jest bliskim krewniakiem mango. Pochodzą z Ameryki Południowej. Zawierają około 10% skrobi, dzięki czemu dobrze nadają się do zagęszczania sosów czy kremów. Długo namoczone i zmiksowane, zyskują konsystencję przypominającą nieco serek, przez co są ulubionymi chyba orzechami wegan :)
Mają dużo kalorii (553/100g); są dobrym źródłem minerałów (mangan, miedź, selen, cynk), witamin B5 i B6, ryboflawiny i tiaminy. Są zaliczane do "superfoods" jako dobre źródło przeciwutleniaczy. Zawierają zdrowe dla serca tłuszcze mononienasycone i kwas oleinowy. Z badań wynika, że mimo dużej zawartości kalorii, warto jeść orzechy przynajmniej dwa razy w tygodniu - pod warunkiem, oczywiście, że nie mamy alergii.

piątek, 12 kwietnia 2013

San Choy Bow / sos sojowy

San Choy Bow (lub Bau) to danie kantońskie, podawane w Chiński Nowy Rok - po kantońsku nazwa brzmi ponoć podobnie do słowa "dobrobyt" i właśnie dobrobyt ma przynieść świętującym. Nie znalazłam na jego temat zbyt wielu informacji - nie wiem, czy istnieje jakaś wersja kanoniczna, czy też nazwa odnosi się wyłącznie do elementu łączącego wszystkie San Choy Bow - miseczki z liścia sałaty, do której wkłada się najróżniejsze rzeczy - kurczaka, mieloną wieprzowinę, grzyby czy tofu. 

Sofiaworld/istockpictures.com

U mnie wersja wegańska, oparta przede wszystkim na grzybach, tofu i sosie sojowym. San Choy Bow to doskonała przystawka dla osób na diecie niskowęglowodanowej, ja podałam je jednak na obiad, razem z ryżem i piklami z marchewki. 

San Choy Bow z grzybami i tofu
Przepis kombinowany

2 duże liście sałaty (tradycyjnie - lodowej, u mnie akurat była rzymska i też jest ok)
2 ząbki czosnku
kawałek imbiru
dymka
gałązka selera naciowego
pół kostki twardego tofu
4 pieczarki
2 boczniaki
1 łyżka jasnego sosu sojowego
1 łyżka ciemnego sosu sojowego
1 łyżeczka słodkiego sosu sojowego* 
olej do smażenia (u mnie - kokosowy)

Do podania: 
papryczka chilli
szczypiorek
orzeszki ziemne lub nerkowca



Tofu i grzyby szybko blendujemy (ew. tofu kruszymy, a grzyby kroimy drobniutko). Na oleju podsmażamy posiekaną dymkę, czosnek, imbir i pokrojoną gałązkę selera. Dodajemy mieszankę z tofu i grzybów i, mieszając, smażymy na dużym ogniu, żeby pozbyć się wody z grzybów. Dodajemy sosy sojowe (*możemy zastąpić słodki łyżeczką trzcinowego cukru) i smażymy jeszcze chwilę, do połączenia składników. Przekładamy miksturę na umyte liście sałaty, posypujemy pokruszonymi orzeszkami, posiekanym szczypiorkiem i papryczką. 

Składnik na dziś: 
SOS SOJOWY - I tutaj wkraczamy na teren trudny, ponieważ nie jest to - jak dotychczasowe składniki - rzecz absolutnie i niepodważalnie godna polecenia, przede wszystkim ze względu na zawartość sodu. Oczywiście podstawowym pytaniem jest, jak bardzo powinniśmy ograniczać jego spożycie i czy dotyczy to wszystkich. Przyjmuję (bardziej zdroworozsądkowo, niż naukowo), że jeśli ograniczamy produkty gotowe, które już zawierają w sobie sól i nie mamy nadciśnienia (a przy okazji alergii), nieduże ilości sosu sojowego krzywdy nam nie zrobią, a jest on wart włączenia do diety ze względu na inne właściwości. Pierwszą z nich jest oczywiście wyjątkowy smak umami, sto lat temu włączony do smaków podstawowych, który sprawia, że sos sojowy bardzo trudno byłoby czymkolwiek zastąpić.
Dzięki procesowi fermentacji, w sosie sojowym znajdują się peptydy (czyli takie małe białka;)), oligo- i polisacharydy (które zapewniają ponoć działanie przeciwzapalne, a nawet antyalergiczne) oraz spora gama antyoksydantów: np. manganu i kwasów fenolowych. Sos sojowy dobrze wpływa na trawienie. Prowadzone są badania na temat jego działania przy cukrzycy typu II. 

http://www.whfoods.com/genpage.php?tname=foodspice&dbid=110#healthbenefits
http://www.nutraingredients.com/Research/Antioxidant-rich-soy-sauce-could-protect-against-CVD
Yang B, Prasad N, Xie H et al. Structural characteristics of oligosaccharides from soy sauce lees and their potential prebiotic effect on lactic acid bacteria, "Food Chemistry", 126, Issue 2, 15 May 2011, Pages 590-594. 2011.
Yang B, Yang H, Li J et al. Amino acid composition, molecular weight distribution and antioxidant activity of protein hydrolysates of soy sauce lees, "Food Chemistry", 124, Issue 2, 15 January 2011, Pages 551-555. 2011

środa, 3 kwietnia 2013

Wiecie, skąd się wzięła nazwa Pho? O zupie doskonałej.


Jak wiadomo, przez niemal sto lat Wietnam znajdował się pod francuskim protektoratem – miało to, jak można się domyślić, ogromny wpływ także na charakter wietnamskiej kuchni. Dzięki znajomości historii oczywiste staje się, dlaczego akurat w Wietnamie tak popularne są... bagietki. Bánh Mì to wietnamska nazwa różnych rodzajów chleba, zaś w krajach zachodnich, w których żyją duże społeczności imigrantów (a więc także i w Polsce) terminem tym określa się szczególny rodzaj wietnamskich kanapek z bagietki, wypełnionych zazwyczaj różnymi rodzajami mięsa, tofu i warzywami. Kanapki te są przepyszne i niedługo pokażę na taką przepis (to będzie w dniu dyspensy, bo bagieta ze smażonym tofu to nie jest najbardziej dietetyczne z dań), ale na razie wróćmy do zupy.



Pho to najprawdopodobniej przekształcona nazwa pot-au-feu, czyli francuskiego gulaszu z wołowiny (choć istnieje także teoria, że zupa wzięła swoją nazwę od kantońskiego makaronu ryżowego phấn). Jest to aromatyczny bulion – najczęściej wołowy, choć zdarzają się wersje drobiowe i wegetariańskie – z makaronem ryżowym, kawałkami mięsa lub tofu, ziołami i warzywami. 
Zupa ta stała się niesamowicie popularna w Warszawie (czy w innych miastach też?),  zwłaszcza odkąd dawne stoiska wietnamskie przeniosły się ze Stadionu Dziesięciolecia na „salony” w centrum. Micha takiej zupy to opcja niedroga, niezbyt kaloryczna, dość zdrowa, sycąca i... doskonała na kaca, dzięki czemu znalazła ogromny poklask wśród warszawskich imprezowiczów. Wady? Nie wszędzie dostępna jest wersja wegetariańska – zdarzyło mi się w jednej z popularnych knajpek zamówić zupę o takiej nazwie, w której faktycznie nie pływało mięso, lecz która na odległość śmier... pachniała kośćmi. Trudno się temu dziwić – pho to taki odpowiednik naszego rosołu, a trudno się spodziewać wegetariańskiego rosołu w restauracji :)
Co innego w domu – w domu przyrządzić można pyszny, warzywny bulion, który dzięki kilku przyprawom zmienia się w aromatyczną, słodko-kwaśno-słono-ostrą zupę, od której trudno się nie uzależnić. Dodatek ryżowego makaronu, świeżych ziół, surowych i lekko marynowanych warzyw i tofu czyni z niej pełnowartościowy, dość niskokaloryczny posiłek, który genialnie sprawdza się w chłodne dni (a tych w tym roku nie brakuje) oraz oczywiście na kaca (którego jednak nie mamy, bo przecież projekt wiosna!:))


Wegetariańska zupa pho z makaronem ryżowym i tofu
Przepis kombinowany z różnych źródeł internetowych

Bulion:
2 duże cebule (przepołowione i obrane)
spory kawałek imbiru (obrany)
4 marchewki
1 pietruszka
2 ząbki czosnku
2 łodygi selera naciowego
ew. kawałek korzenia selera
laska cynamonu
5 goździków
pół łyżeczki pieprzu syczuańskiego (opcjonalnie)
pół łyżeczki ziarenek kolendry
2 gwiazdki anyżu
sos sojowy
cukier trzcinowy
sól

makaron ryżowy (płaskie wstążki)

Do podania:
tofu pokrojone w kostkę i smażone na odrobinie oleju (może być wędzone)
cienkie piórka czerwonej cebuli, skropione wcześniej octem ryżowym lub sokiem z cytryny
cienkie słupki z surowej marchewki lub marynowana marchewka*
szczypiorek
kolendra
mięta
kiełki fasoli mung
papryczka chilli / sriracha
cytryna lub limonka

* o piklach napiszę więcej niedługo – paseczki marchewki zalewam mieszaniną gorącej wody, octu ryżowego i cukru trzcinowego, dodaje kilka ziarenek kolendry i marynuję od kilku godzin do kilku dni.

Cebule i imbir opalamy nad ogniem lub wkładamy na 10 minut do mocno rozgrzanego piekarnika. Na patelni chwilę prażymy przyprawy (cynamon, anyż, goździki, pieprz). Warzywa obieramy, jeśli są duże – kroimy na pół albo na spore kawałki. Wrzucamy do garnka razem z przyprawami, cebulą i imbirem. Zalewamy zimną wodą (2,5 litra), doprowadzamy do wrzenia i zostawiamy na wolnym ogniu na 2-4 godziny (im dłużej, tym lepiej).
Po tym czasie bulion odcedzamy i zaczynamy przyprawianie: dodajemy sól, sos sojowy i cukier trzcinowy po trochu, szukając równowagi smaków. Mnie zazwyczaj wychodzi około 5 łyżek sosu i 2 łyżek cukru.
Makaron przygotowujemy według przepisu na opakowaniu i przekładamy do miseczek. Dodajemy papryczkę chilli lub srirachę (lub jedno i drugie), cebulę, marchewkę, tofu i kiełki. Zalewamy bulionem i posypujemy słuszną porcją ziół. Doprawiamy sokiem z cytryny.



Składnik na dziś:
KOLENDRA (cilantro) to roślina jednoroczna, należąca do rodziny selerowatych, pochodzi znad Morza Śródziemnego. Ma szerokie zastosowanie kulinarne: używa się zarówno jej listków, jak i owoców, potocznie zwanych nasionami. Z owoców tych tworzy się olejek o działaniu moczopędnym, rozkurczowym i wspomagającym trawienie (bywa składnikiem herbatek ziołowych). 
Doceniane są przeciwzapalne i przeciwdziałające cukrzycy właściwości kolendry. Badania wykazały, że pomaga ona również obniżyć poziom cholesterolu. Jest źródłem wapnia, potasu, magnezu, a także błonnika pokarmowego.



poniedziałek, 25 marca 2013

Curry z ciecierzycy i groszku / Historia curry / Kmin rzymski



Curry to nazwa, którą ludzie zachodu określają nieskończoną ilość potraw pochodzących z kuchni Indii, Bangladeszu, Tajlandii, Sri Lanki i pozostałych krajów południowo-wschodniej Azji. Ich cechą charakterystyczną jest wykorzystanie aromatycznej mieszanki przypraw i ziół, a bazę stanowią zazwyczaj papryczki chilli, czosnek i imbir. Nazwa pochodzi od tamilskiego słowa kari, które oznacza "sos", a została adaptowana przez Brytyjczyków, którzy - zadziwieni mnogością aromatycznych dań tamilskich kupców - postanowili wrzucić je wszystkie do jednego worka. 




Curry to również nazwa mieszanki przypraw, którą w XVIII wieku hinduscy kupcy postanowili sprzedawać leniwym Anglikom - Anglikom, którzy nie mieli zamiaru tworzyć swoich własnych masali, lecz pożądali odrobiny egzotyki. Wszyscy doskonale znamy smak i zapach żółciutkiego proszku, dodawanego do najróżniejszych dań, od majonezowych sałatek po keczup. 
Dzisiaj jednym z "narodowych" dań Wielkiej Brytanii jest butter chicken - kurczak w przyprawionym sosie z pomidorów, masła i przypraw, który powstał  ponoć jako wynik improwizacji hinduskiego szefa kuchni, Simona Mahli Chahala. A jak myślicie, z jakiego języka pochodzi nazwa innego popularnego dania, vindaloo? Otóż vin to wino, alho to czosnek... po portugalsku. Danie to wymyślili bowiem portugalscy kupcy, którzy w XVI wieku osiedli na zachodnim wybrzeżu Indii. 

Curry to wreszcie nazwa rośliny Murraya Koenigii, drzewka, którego liście bywają - choć wbrew pozorom wcale niekoniecznie - składnikiem mieszanki przyprawowej. Zazwyczaj smaży się je razem z cebulą na samym początku przygotowywania dania. Niestety nie widziałam w Polsce świeżych liści curry, a i suszone trudno dostać. Może ktoś coś wie?


Curry to jedno ze słów, które w mojej kuchni pojawiają się najczęściej, a odnoszą się do bardzo wielu przepisów - od gęstych, bardzo aromatycznych, dość ciężkich potraw z soczewicy i/lub grochu (dal), przez lżejsze, aromatyczne mieszanki warzyw w pomidorowym sosie z przyprawami, aż po - kompletnie inne, ale równie pyszne - tajskie curry z mleczka kokosowego i zielonej, czerwonej lub żółtej pasty (najlepiej domowej roboty), z tofu i ryżem. 

No właśnie - dodatki. Curry podaje się z ryżem lub plackami, z chutneyami i raitą. Tutaj także istnieje nieskończona liczba kombinacji i przepisów. Choć w wersji klasycznej i "pełnej" z jedzeniem dietetycznym curry nie mają wiele wspólnego (i mówię tutaj nawet o wersjach wegetariańskich - smak przypraw wydobywany jest zazwyczaj dzięki dużej ilości tłuszczu, sosy zagęszczane są mąką i śmietaną, w sosie najlepiej macza się chlebki lub ryż; choć uwielbiam, po wyjściu z hinduskiej czy nepalskiej restauracji zawsze czuję się jak beczka; nieco lepiej jest w przypadku curry tajskich), da się je też przygotować w taki sposób, by stały się elementem zdrowej, wiosennej diety. Co więcej, w zaplanowanym przeze mnie programie oczyszczającym (o którym więcej w następnym poście) również z pewnością znajdzie się przepis na curry.

Dzisiaj wersja zdrowa, dość szybka, nieklasyczna, odchudzona, ale bardzo smaczna. 

Curry z groszku i ciecierzycy
Przepis własny (2 osoby)

300 g ugotowanej ciecierzycy (ew. puszka)
pół szklanki mrożonego groszku
nieduża cebula lub szalotka (posiekana)
ząbek czosnku (starty)
kawałek świeżej, ostrej papryczki*
kawałek imbiru (starty)
płaska łyżeczka przyprawy masala*: pół łyżeczki kminu, kolendry, nasion kopru włoskiego, gorczycy (jasnej lub ciemnej) podgrzewamy na patelni; kiedy zaczną pachnieć, ugniatamy je w moździerzu; możemy przygotować większą ilość przyprawy, a także modyfikować proporcje, zależnie od naszych preferencji; przygotowywanie masali to sztuka, o której mam nadzieję jeszcze pisać)
laska cynamonu
puszka pomidorów
olej, sól 

Na oleju podgrzać cebulę, dodać sól i przyprawy, smażyć, aż cebula zmięknie, a masala zacznie mocno pachnieć. Dodać imbir, czosnek i papryczkę, a po ok. 2 minutach groszek. Kiedy ten lekko zmięknie (można ew. dodać odrobinę wody), dorzucić ciecierzycę i wlać pomidory. Gotować na wolnym ogniu 15-20 minut, od czasu do czasu mieszając. Podawać ze świeżą kolendrą, jogurtem, chutneyem, chlebkami...




Składnik na dziś: 

KMIN RZYMSKI (nie mylić z kminkiem) to roślina z rodziny selerowatych, która pochodzi prawdopodobnie znad Morza Śródziemnego, lecz obecnie nie występuje już w stanie dzikim. Używana jest od setek lat - popularna była już w średniowieczu. Jest ważnym składnikiem mieszanek przyprawowych, często występuje w kuchniach południowo-wschodniej Azji, Meksyku, Bliskiego Wschodu, niektórych regionów Chin. 
Kmin od wieków stosowany jest w medycynie ayurvedyjskiej, a zachodnie badania zdają się potwierdzać przynajmniej niektóre z tradycyjnych przekonań: jest źródłem żelaza, magnezu, wapnia i manganu, a także błonnika pokarmowego. Ten ostatni wspomaga trawienie, dlatego kmin jest tak dobrym składnikiem przy przygotowywaniu dań z ciężkostrawnych roślin strączkowych. Istnieją badania, wedle których kmin może mieć pozytywny efekt w leczeniu cukrzycy, a także - i to będzie dla nas ważne przy projektowaniu planu oczyszczającego - wedle których ma on działanie przeciwutleniające.

Wybrane źródła: 
http://nutritiondata.self.com/facts/spices-and-herbs/184/2
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/18789666
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/12220968
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/18720171

czwartek, 21 marca 2013

Nudle imbirowo-szczypiorkowe / Momofuku / Imbir

Zaczynamy z grubej rury, to znaczy od przepisu inspirowanego daniem jednego z najbardziej znanych, młodych szefów kuchni, jednej z najmodniejszych, nowojorskich restauracji (a właściwie sieci restauracji, bo siostrzane knajpy znajdują się też w Toronto i Sydney). Mowa o Davidzie Changu i Momofuku Noodle Bar.



Nazwa Momofuku oznacza "szczęśliwą brzoskwinię", ale stanowi przede wszystkim hołd dla Momofuku Ando, wynalazcy tzw. „chińskich zupek”, który wcale nie był jednak Chińczykiem – pochodził z Tajwanu, okupowanego w czasach jego młodości (urodził się w 1910 roku) przez Japonię. Opatentowany przez niego wynalazek miał być odpowiedzią na niedobory żywności, lecz – co zaskakujące – w początkach swojego istnienia był towarem luksusowym, znacznie droższym od wersji „niebłyskawicznej”. Doskonale nam znany bloczek suchych klusek z dołączonymi saszetkami przypraw wszedł na rynek w 1958 roku pod nazwą „Chikin Ramen” i bardzo szybko zdobył ogromną popularność. W 2000 roku Japończycy uznali wręcz pomysł Momofuku Ando za najważniejszy wynalazek XX wieku. Do fanów ramen należy także David Chang, który o swojej obsesji opowiedział w, przygotowanym wraz z Anthony'm Bourdainem, programie „The Mind of a Chef”.



Niezły początek, nie? Blog o zdrowym żywieniu zaczynam od opowieści o jednym z największych sztuczydeł na świecie, które w Polsce kojarzy się z dietą ubogiego studenta politechniki lub, ewentualnie, wyprawą na żagle. Szczęśliwie Chang swoją fascynację nudlami przełożył na język nowoczesnego, świeżego jedzenia, co przyniosło mu zresztą tłumy klientów.

Ja wybrałam danie dość lekkie, wegetariańskie (jak zresztą wszystkie, które będą się na tym blogu pojawiać), a wręcz wegańskie (jak większość tych, które będą się na tym blogu pojawiać), które ma jednak walor swoistej „guilty pleasure” - jak chyba wszystkie michy makaronu na świecie.

Nie jest to przepis dla osób na rygorystycznej diecie, ale użycie dobrej jakości tłuszczu (o tłuszczach na pewno napiszę nieraz, bo to trudny temat) i odpowiednie wyważenie proporcji warzyw do makaronu czynią z niego opcję rozsądną – i naprawdę obłędnie pyszną.
W sam raz na śnieżny początek wiosny.

David Chang
www.momofuku.com/team

Nudle imbirowo-szczypiorkowe Davida Changa
Zmodyfikowany przepis z książki Momofuku Davida Changa i Petera Meehana

Sos:
2 1/2 szklanki posiekanej dymki
1/2 szklanki posiekanego, świeżego imbiru
1/4 szklanki neutralnego oleju
2 łyżki jasnego sosu sojowego (daję więcej niż w oryginalnym przepisie, za to omijam sól)
1 łyżeczka octu z sherry (ewentualnie octu z czerwonego wina)

Wszystkie składniki wymieszać i odstawić na czas przygotowywania pozostałych elementów.

Pikle:
ogórek (o tej porze roku – zwykły wężowy, w sezonie – dwa gruntowe)
1 łyżeczka soli
3 łyżeczki cukru trzcinowego

Ogórka pokroić w cienkie plasterki (nie obierać), zasypać solą i cukrem (zawsze w proporcjach 1/3). Po 10-20 minutach sprawdzić, jak się pikle mają – jeśli są za mało intensywne, dodać przypraw, jeśli za bardzo – opłukać.

Makaron:
ryżowe wstążki lub gryczany soba (wersja zdrowsza) przygotować według przepisu na opakowaniu

Dodatki:
smażone różyczki kalafiora
smażone kostki tofu (u mnie wędzonego)

Tofu porządnie odsączyć, wytrzeć papierem kuchennym i pokroić w kostkę. Kalafiora połamać na różyczki. Podsmażyć na odrobinie oleju.

Makaron ułożyć na talerzu, polać sosem. Podawać z piklami z ogórków, smażonym kalafiorem i tofu. Ewentualnie posypać sezamem. 




Składnik na dziś:

IMBIR to roślina, bez której kuchnie azjatyckie właściwie by nie istniały. Obok czosnku i chilli jest podstawą najróżniejszych potraw typu curry, sosów, marynat itd. Używany także w deserach (nazwa „gingerbread” nie wzięła się znikąd) i w napojach.

Posiada liczne właściwości prozdrowotne: działa korzystnie na procesy trawienne i układ krążenia. Wspomaga apetyt i zapobiega mdłościom (zaleca się go pacjentom po znieczuleniach, a nawet chemioterapii). Ma właściwości rozgrzewające i przeciwzapalne, pomaga więc w przeziębieniach. Zalecany jest przy cukrzycy typu 2.
Uznawany jest za środek pomagający uwolnić organizm z toksyn, dlatego stanowi składnik diet oczyszczających (zaleca się np. pić gorącą wodę z imbirem i cytryną) i kąpieli (1/8 szklanki imbiru + szklanka soli angielskiej + gorąca woda – przeżycie jest ponoć mistyczne;))

Wybrane źródła: